Reklama

Reklama

Miłość, śmierć i... język polski. Jerzy Bralczyk gościł w Kutnie! [ZDJĘCIA]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Wydarzenia Uwielbia gotować, lecz nie znosi pomidorów, sporo podróżuje i świetnie czuje się będąc zdominowanym przez małżonkę. Przede wszystkim umiłował jednak sztukę języka. Opowieściami o miłości, ale i o śmierci, pisaniu i "nagadywaniu" książek oraz o innych kwestiach mniej lub bardziej poważnych, uraczył dzisiaj kutnian jeden z największych autorytetów w dziedzinie polszczyzny - Jerzy Bralczyk.

Reklama

Profesor był czwartkowym gościem "Podwieczorku z..." w Centrum Teatru, Muzyki i Tańca. Spotkanie poprowadził Leszek Bonar. Już na samym początku Jerzy Bralczyk przyznał, że jego myślenie charakteryzuje się tym, że postrzega świat tak, "jakby na każdej rzeczy była naklejona etykietka". 

- Patrzę - szklanka, myślę sobie - szklanka. Owszem, widzę szklankę, ale też widzę nazwę "szklanka". I coś z tego wynika, że to szklanka. Ale też o każdej rzeczy myślę jako o jej nazwie. I dlatego też zacząłem pisać bardzo dawno temu książki o słowach. I proszę Państwa, jakież to proste i jakież to przyjemne. Napisałem takich książek wiele, na przykład o nazwach zwierząt (Zwierzyniec - przyp. red.). 

Tych ma na swoim koncie już sporą kolekcję. Ubieranie rzeczywistości w słowa, to zdaniem profesora antidotum na wrodzone lęki. Jako przykład podaje leksykon "Strach się bać", własnego autorstwa. 

- I czułem jak się przestaję bać. Zastanawianie się nad słowami także w tym pomaga. Nawet jak się zacząłem zastanawiać nad śmiercią, której się bałem, i słowa i samej rzeczy. Tym bardziej, że - nie wiem, czy Państwo wiedzą - polska "śmierć" składa się z dwóch części. Pierwsza to jest to "mr", która jest wszędzie: łacińskie mors, morituri itd.; ale na początku jest to "ś", a to "ś"  wzięło się też z praindoeuropejskiego jeszcze przedrostka "su", który oznaczał "dobry". I nasza "śmierć" to jest "dobra śmierć". A dobra śmierć, to jest taka z pogodzeniem z Panem Bogiem już, spodziewana, wyczekiwana - wyjaśniał Jerzy Bralczyk. 

Jak stwierdził, ludzie walczą "językowo" ze swoim lękiem na dwa sposoby: oswajania i unikania. 

- Na przykład w wielu religiach nie możemy powiedzieć imienia Boga. Tak samo zresztą jak o śmierci mówimy stosunkowo rzadko. Ale nie przywołuje się wielu innych nazw. Niektórych dlatego, że uchodzą za nieprzyzwoite, inne za zbyt święte. A jeszcze inne, takie, które mogą sprowadzić to, o czym się mówi, bo wiara w związek między nazwą a rzeczą jest u wielu bardzo silna. Na przykład do tej pory wielu ludzi nie mówi czegoś optymistycznego, bo może się zapeszyć - zauważa językoznawca.

Jego uwaga ponownie zwróciła się ku śmierci - zjawisku, które nauczyliśmy się zastępować eufemizmami. 

- Przecież ile my mamy określeń śmierci. Jedni mówią, próbując rozbawić śmierć, a może pokazać, że chojraczą: "wąchać kwiatki od spodu", "kopnąć w kalendarz" itd. Inni z kolei próbują upoważnić tę śmierć" "przenieść się na łono Abrahama", albo "oddali duszę Bogu". A mi się dwie podobały takie formuły. Jedna była starorzymska. O kimś, kto umarł, mówiono: "przyłączył się do większości". Ludzie lubią być w większości. A drugie, słyszałem to od moich studentów kiedyś: "przybrał temperaturę otoczenia". [...] Teraz, się zdaje, mówi się o tym, że "się wylogował" - opowiadał żartobliwie profesor. 

Na chwilę rozmowa zeszła płynnie na tematy kulinarne. Leszek Bonar zapytał swojego gościa, czy rzeczywiście jest królem kuchni w swoim domu. 

- Powiedziałbym, wicehrabią. Ale lubię gotować, bardzo lubię gotować i potem jeść, to co ugotuję. Nawet sam. Niektórym to podobno smakuje, ale nie wierzę im za specjalnie - odparł w swoim stylu Jerzy Bralczyk.  

Pochwalił się jednak, że wśród jego kulinarnych popisów brylują głównie zupy, sosy, pierogi i kotlety. 

Najnowsze wyzwanie stawiane przed Jerzym Bralczykiem znajduje się natomiast poza granicami jego kuchni. Jak mówi, "namawiają go na książkę o słowach związanych z ludzką cielesnością". Automatycznie profesor przytoczył przykład, jaki mógłby pojawić się w leksykonie.  

- Palec - dać komuś palec, a on weźmie całą rękę. Albo sam jak palec. Państwo się dziwią, bo tych palców mamy sporo. Ale palec to kiedyś tylko to było - tłumaczył językoznawca, wskazując na kciuk - A to się nazywało prst - mówił, prezentując resztę palców - Ten biedny palec był sam wśród tych prstów. Tak jak kołek w płocie. Dużo sztachet, a kołek sam. A kciuk wziął się od tego, że to był krzciuk, chrzciło się nim. 

Niejedna z książek Jerzego Bralczyka powstała sposobem na "nagadywanie". Na czym polega? Profesor siada do stołu z rozmówcą, wszystko nagrywa się na dyktafon, następnie rozmowa jest spisywana i redagowana. Tak powstała między innymi książka pt. "Pokochawszy. Miłość w języku", którą "nagadał" wspólnie ze swoją żoną. Obecnie próbuje namówić małżonkę na kolejną książkę, tym razem "Umierając". 

Jezry Bralczyk wyznaje zresztą, że jest typem przysłowiowego "pantoflarza". Zapytany przez Leszka Bodnara o to, czy faktycznie żona ma na niego tak duży wpływ, odparł:

- Mało powiedziane, proszę Państwa. To ja mogę mieć na nią jakiś tam wpływ, ale ja jestem pod silną presją, dominacją i dobrze mi z tym. Jakie to wygodne jest, to życie w pełni uzależnione. Ale trochę kosztuje, to prawda - dowcipkował językoznawca.  

O ile kocha żonę i gotowanie, to jest rzecz, której wyjątkowo nienawidzi. A są nimi pomidory, które uznaje za obrzydliwe, kapiące, mażące się i ohydne w smaku. 

- Jak kocham Starszych Panów, tak "Addio, pomidory" to nie jest moja piosenka - dodał z uśmiechem.  

W tej chwili rozmowa wskoczyła na tory prowadzące do stacji Kutno. Jerzy Bralczyk bez trudu recytował teksty odnoszące się do naszego miasta. 

- Zbrodniarz schwytany w mieście Kutno, nie wierzył, że łeb mu wkrótce utną. Stawiał drań opór, skrwawił go topór, teraz mu przykro i smutno. 

Gość przytoczył także "kutnowskie" cytaty z Tuwima i Gałczyńskiego. A co sądzi o naszym mieście?

- Kutno jest takim archetypem po części. Nazwa, która rymuje się trochę smutno oczywiście, ale podsuwa pewne wyobrażenia.  

Niedawno profesor był w Kutnie z żoną, ale... pogoda była tak okropna, że nawet nie wysiedli z samochodu. Nie znaczy to jednak, że nie zdążył zapoznać się z urokami miasta róż. 

- Raz miałem okazję podziwiać wspaniały, betonowy plac. Ciekawa koncepcja. Bardzo ciekawa. Może coś się z tego da zrobić. Tak pomalować na jakiś kolor. Co Wy Państwo na to? Choćby graffiti niech to będzie - żartował językoznawca.

Do gustu Jerzemu Bralczykowi przypadł za to budynek Centrum Teatru, Muzyki i Tańca.

-  Ten na przykład obiekt mi się niezwykle podoba. I wewnątrz i na zewnątrz. A wewnątrz, jak tu wszedłem, to pomyślałem "rzeczywiście, prawdziwy teatr". 

Profesor opowiedział również o swoim doświadczeniu z aktorstwem, m.in. epizodzie w "Klanie", czy występie na deskach teatru, kiedy obsadzono go w roli... doradcy językowego terrorystów. 

Jerzy Bralczyk urodził się 23 maja 1947 w Ciechanowie. Jest językoznawcą i gramatykiem normatywnym, profesorem nauk humanistycznych, specjalistą w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat opublikował ponad 20 książek. 

 

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy