Cała sprawa zaczęła się dość niewinnie. Pan Robert Pisarski trafił na Szpitalny Oddział Ratunkowy 4 lutego około godziny 4:00. Został tam przewieziony karetką, miał silne zawroty głowy, towarzyszył im ból oraz wysokie ciśnienie tętnicze.
Jak mówi nam Justyna Sobczyk, córka pana Roberta, jej tacie podano leki i około godziny 10:40 wypisano do domu. I tu zaczęły się pierwsze problemy.
Wypisany bez neurologa
- Na karcie informacyjnej w epikryzie jest informacja, że pacjent w pełnym kontakcie słowno-logicznym, zorientowany auto i allopsychicznie. W rzeczywistości odbierałam tatę przy lekarzu z silnymi zawrotami głowy. Nie mógł samodzielnie iść. Musiałam trzymać go pod rękę, był splątany. Pytałam lekarza, czy aby na pewno wypisuje tatę, bo nie wygląda za dobrze. Dostałam informację, że „tak” – pisze kobieta w skardze na szpital (więcej o niej później).
Kobieta, mimo swoich wątpliwości, postąpiła zgodnie z tym, co usłyszała na SOR – zabrała tatę do domu.
- Tata dostał receptę z lekami na nadciśnienie. Pojechaliśmy je wykupić, potem zawiozłam go do domu, gdzie mieszkał z partnerką. Rozpisałam im na opakowaniach, jak należy przyjmować leki. Tata powiedział, że w głowie mu się kręci i jest zmęczony, położył się do łóżka – opowiada kobieta.
Pani Justyna wróciła do domu. Nie minęło wiele czasu, gdy znów zaczęła się niepokoić, nie mogąc się do niego dodzwonić.
- Pojechałam do niego około godziny 18:00 sprawdzić, czy nic się nie stało. Zawiozłam mu zupę, zjadł kilka łyżek. Był bardzo senny i powiedział, że musi się położyć. Myślałam, że tak mu się chce spać, bo zgodnie z tym, co stwierdził lekarz, tata miał wysokie ciśnienie i ono musiało się obniżyć za pomocą leków. Plus to, że spędził na tym SOR sześć godzin, to mogło być męczące – mówi nasza rozmówczyni.
Godzina czekania na rezonans
Około północy stan pana Roberta znacznie się pogorszył. Dostał drgawek, miał trudności z oddychaniem.
- Przyjechało pogotowie i zabrało tatę na SOR w stanie bardzo ciężkim. Nie było z nim już kontaktu. Samodzielnie nie oddychał. Miał wykręcone ręce, charczał – opowiada pani Justyna.
Kobieta, kiedy tylko dowiedziała się, że jaj tata ponownie jest zabierany do szpitala, od razu tam pojechała. Dotarła nawet przed karetką.
- Jak wyszłam do panów z karetki, to pierwsze, co mi powiedzieli, to że tata w ogóle wcześniej nie powinien zostać wypisany do domu. Byli w szoku, że ktoś tak zadecydował, przy takim samopoczuciu i takich objawach, bo one świadczyły o tym, że coś zaczyna się dziać. Zwłaszcza, że tata też mi wtedy mówił, że drętwiał mu policzek – słyszymy od pani Justyny. – Gdy za drugim razem przyjechaliśmy na SOR, to z tatą w ogóle nie było kontaktu, tak było z nim źle. Patrzyłam, jak wykręca mu ręce, ledwo łapał oddech charcząc a nikt nic nie robił. Chciałam, by mu pomogli, pytałam na co czekamy, to usłyszałam, że na rezonans. Godzinę czekaliśmy na ten rezonans, bo nie było nikogo na miejscu, kto mógłby wykonać badanie – oburza się pani Justyna.
Córka pana Roberta nie mogła wysiedzieć w miejscu. Jak mówi, próbowała otrzymać jakiekolwiek informacje od lekarza, który wcześniej wypisał jej ojca do domu. Pytała, dlaczego podjął taką decyzję, dlaczego nie zlecono wykonania badań tomografem, nie konsultowano jego stanu z neurologiem.
- Lekarz nie był w stanie wtedy odpowiedzieć, chował się i nie odpowiadał na moje pytania – relacjonuje kobieta.
Ostatecznie pani Justyna około godziny 3:30 dostała informację, że stan jej taty jest bardzo ciężki. Doszło do udaru pnia mózgu, lewej półkuli móżdżku i obu płatów potylicznych. Jak mówi kobieta, nic nie dało się już zrobić, rokowania były bardzo złe, a pan Robert nie kwalifikował się do operacji. Trafił na Oddział Intensywnej Terapii. Przebywał tam siedem dni. Zmarł 13 lutego, jedenaście dni po swoich urodzinach. Miał 60 lat.
Skarga na biurku prezesa
Mimo załamania, pani Justyna postanowiła, że nie może zostawić tej sprawy bez dalszego biegu.
- Zapytałam neurologa, czy gdyby tego 4 lutego nie wypisano taty do domu, to udałoby się temu zapobiec. Wiadomo, że lekarz mi nie odpowie wprost, ale nie zaprzeczył – wspomina pani Justyna. - Tata poszedł z objawami udaru, a i mój dziadek 5 lat temu przeszedł udar, więc mam wiedzę z doświadczenia. Zawiozłam wtedy dziadka do szpitala, tamten lekarz od razu wezwał neurologa, który zlecił prześwietlenie głowy. Dziadek dwa tygodnie leżał na oddziale, do dziś żyje i ma się dobrze. Myślę, że gdyby tu postąpiono podobnie, gdyby od razu wezwano neurologa, on by ocenił, że to są początki udaru. Gdyby zrobiono prześwietlenie, co jest wydaje mi się najważniejsze w takich przypadkach, to tata by żył – kończy pani Justyna.
Kobieta złożyła skargę, która trafiła na biurko prezesa Kutnowskiego Szpitala. Córka pana Roberta oczekuje przeprowadzenia rzetelnego postępowania wyjaśniającego oraz wyciągnięcia konsekwencji wobec lekarza. Uważa, że decyzja o wypuszczeniu jej taty do domu była błędna. Twierdzi, że jego stan uniemożliwiał samodzielne funkcjonowanie i konieczna była dalsza hospitalizacja.
- Składam skargę również na brak wykonania podstawowych badań, jak tomograf komputerowy głowy, czy skonsultowania pacjenta z neurologiem przy tego typu objawach, jakie tata miał – dodaje córka zmarłego.
Mimo że postępowanie wyjaśniające wciąż trwa, pani Justyna już otrzymała pismo ze szpitala.
- W odpowiedzi na moją skargę stanowisko lekarza jest wymijające. Zasłania się tym, że przejmował dyżur i miał dużo pacjentów. W piśmie nie poświęcił zbyt dużo uwagi pierwszej wizycie taty na SOR, tylko drugiej, kiedy jego stan był już bardzo poważny. Taka odpowiedź zupełnie mnie nie satysfakcjonuje – podkreśla nasza rozmówczyni.
Rzetelne wyjaśnienia kontra przepisy prawne
Chcąc dowiedzieć się czegokolwiek na ten temat – czy popełniono błąd, czy pacjent był dobrze diagnozowany, czy wdrożono odpowiednie leczenie - zwróciliśmy się do szpitala i Starostwa Powiatowego, które jest organem prowadzącym lecznicę. Instytucje jednak, zamiast wyjaśnień, zasłaniają się przepisami.
- Ze względów prawnych placówka nie może udostępnić przedstawicielom mediów żądanych informacji. Odmowa odniesienia się do szczegółów sprawy i skargi złożonej przez córkę zmarłego podyktowana jest bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa, chroniącymi prywatność pacjentów oraz nałożonym na personel medyczny obowiązkiem zachowania tajemnicy. Udostępnienie dziennikarzowi informacji, a także udostępnianie wniosków z wewnętrznych postępowań wyjaśniających, stanowiłoby rażące naruszenie prawa – stwierdza Marek Kiełczewski, prezes Kutnowskiego Szpitala Samorządowego.
Jak dodaje, zgodnie z obowiązującymi przepisami pacjent ma prawo do zachowania w tajemnicy przez osoby wykonujące zawód medyczny informacji z nim związanych, a w szczególności o jego stanie zdrowia.
- Co istotne, tajemnica ta obowiązuje również po śmierci pacjenta. Szpital jest uprawniony do przekazywania informacji o stanie zdrowia pacjenta wyłącznie osobom przez niego upoważnionym za życia lub uprawnionym organom władzy publicznej, np. prokuraturze, czy sądowi, ale nie przedstawicielom prasy – podkreśla Marek Kiełczewski, który zapewnia jednak, że każda skarga jest traktowana z najwyższą powagą. - Dyrekcja szpitala niezwłocznie wdrożyła wewnętrzne postępowanie wyjaśniające, prowadzone zgodnie z obowiązującymi standardami. Z uwagi jednak na wyżej wymienione przepisy o tajemnicy medycznej, szczegółowe ustalenia tego postępowania mogą być komunikowane wyłącznie uprawnionym członkom rodziny pacjenta oraz powołanym do tego organom państwowym.
Po pomoc do Warszawy
Po naszej interwencji sprawą zajął się Rzecznik Praw Pacjenta, który powołany został właśnie m.in. po to, by działać w podobnych sprawach.
- Po analizie przekazanych informacji podjęto decyzję o wszczęciu postępowania wyjaśniającego. Jego celem jest ustalenie okoliczności sprawy oraz ocena, czy mogło dojść do naruszenia praw pacjenta – informuje biuro prasowe Rzecznika.
Sprawa jest w toku od kilku miesięcy i jak informuje RPP, zgromadzono już materiał dowodowy, który obecnie analizowany jest pod kątem możliwego naruszenia praw pacjenta.
Rzecznik skontaktował się także z panią Justyną, która dostała możliwość zapoznania się z dokumentacją zgromadzoną w trakcie czynności wyjaśniających w Kutnowskim Szpitalu Samorządowym. Pani Justyna zamierza skorzystać z tej możliwości i w najbliższym czasie wybrać się do Warszawy.
Do tematu będziemy wracać.