Reklama

Reklama

Masz dziecko? Koniecznie to przeczytaj. Tomasz Bilicki, nauczyciel i psychoterapeuta, w rozmowie o polskiej szkole i nastolatkach

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: | Zdjęcie: Archiwum/Tomasz Bilicki

Masz dziecko? Koniecznie to przeczytaj. Tomasz Bilicki, nauczyciel i psychoterapeuta, w rozmowie o polskiej szkole i nastolatkach - Zdjęcie główne

Tomasz Bilicki w rozmowie o tym, jak kruszyć mury między dorosłym a nastolatkiem. | foto Archiwum/Tomasz Bilicki

Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Polska i świat Klucz do jakiegoś porozumienia wcale nie leży tylko w rozmawianiu o problemach, a także w prawdziwym zainteresowaniu tym, dlaczego mój syn słucha muzyki Rusina, dlaczego utwór "Jakoś jestem" jest jego ulubionym – Tomasz Bilicki, nauczyciel WOS-u, psychoterapeuta i interwent kryzysowy rozmawia z nami o tym, czy da się pogodzić dwa z pozoru odległe światy: świat nastolatka i świat dorosłego.

Reklama

Jakie jest Pana najgorsze wspomnienie ze szkoły jako ucznia? Ma Pan takie?

Tak. Najgorsze moje wspomnienie ze szkoły nie jest związane z rówieśnikami, tylko z nauczycielką. I to z nauczycielką muzyki, której styl bycia bardziej predestynował ją do pracy w jakimś obozie niż w szkole. Czułem się też całkowicie niezrozumiany i pamiętam, że bardzo starałem się przez długi okres czasu, żeby mieć z nią dobrą relację, ale cały czas czułem się odrzucany, nierozumiany, nieakceptowany, może w jakiś sposób też przez nią wyśmiewany. To jest pierwsza myśl, jaka przyszła mi teraz do głowy.

Jest Pan dziś dojrzalym mężczyzną, a kiedy Pan o tym opowiada, to słychać w Pana głosie tę wrażliwość i te emocje, jeszcze młodego wtedy, chłopaka. To pokazuje, jak ważna jest rola nauczyciela.

Bycie nauczycielem w Polsce jest wbrew pozorom uprawianiem wolnego zawodu. Nauczyciel dzisiaj bardzo dużo może. To, jak wygląda system szkolny, nie jest wynikiem tego, że tak stanowią przepisy prawa, tylko naszych schematów w głowie, np. wspomnień, jak wyglądała szkoła za czasów naszego dzieciństwa. Myślę, że dziś już wszyscy rozsądni wiedzą, że istotą edukacji czy też istotą w ogóle pomocy psychologiczno-pedagogicznej jest relacja. I wyobrażam sobie pracownię psychoterapii bez foteli, bez laptopa, bez biurka, wyobrażam sobie szkołę bez ławek, krzeseł, podręczników i projektorów, ale nie wyobrażam sobie jednego i drugiego bez relacji. To jest niemożliwe. 

Jak buduje się tę relację?

Wielu z nas ma takie wyobrażenie, że uczeń to jest osoba, która budzi się rano i myśli: ,,ale fajnie, dziś mam lekcje biologii, dowiem się, jak rozmnażają się okrytonasienne”. To redukuje ucznia do roli pendrive’a, a nauczyciela do roli gniazda USB. Tymczasem uczeń przychodzi do szkoły w całości. Przychodzi z emocjami, uczuciami, doświadczeniami, planami, marzeniami, a bywa, że czasami z myślami samobójczymi. I najpierw z tego trzeba sobie zdać sprawę.

O tym wielu chyba wielu nauczycieli jeszcze zapomina.

Tak, to prawda. A dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o tym nie zapominali. Rozporządzenie pomocy pedagogiczno-psychologicznej mówi o tym, że pod tę pomoc podlegają wszyscy nauczyciele, nie tylko pedagog czy psycholog szkolny, nauczyciel od biologii także. 

Wskazał Pan na relację. W środowisku akademickim o wykładowcach, którzy z szacunkiem, wyrozumiałością i taką ludzką czułością podchodzą do studentów mówi się, że są prostudenccy. Czy nie brakuje w szkołach prouczniowskich nauczycieli?

Słowo prouczniowscy przeszkadza mi w tym sensie, że jeżeli nie okazujesz szacunku do uczennic i uczniów, niezależnie od tego, jak oni się zachowują, to chyba nie nadajesz się do swojej pracy. Nauczyciel, który uznaje fakt tego, że ludzie posiadają godność i tą godnością się nie różnią, nie jest bohaterem. Uczeń, który się wzorowo zachowuje i ma średnią 6,0 ma taką samą godność jak uczeń, który na każdej lekcji wprowadza chaos i nie zdaje z klasy do klasy. Oni się różnią swoim zachowaniem, postawą, efektami edukacyjnymi, natomiast nie różnią się godnością. Więc wydaje mi się że ten order ,,prouczniowski nauczyciel” to powinien być jakiś absolutny standard w naszej pracy. 

Ale to nie jest standard. Powiedzmy sobie otwarcie. Z czego to wynika?

Niestety, my powielamy schematy, które mamy z własnych doświadczeń i tego, jak zachowują się nauczycielki i nauczyciele wokół nas. Bardzo często w ogóle nie czujemy, że ich zachowania naruszają godność uczniów. Dla nas to oczywiste, że można podnieść głos, że można kogoś obrazić, że można nie dostrzegać czyjegoś cierpienia, że można niektórych faworyzować, że można wysyłać uczniów po kredę, pić herbatę na lekcji, a uczniom tego zabraniać. A to, że nauczyciel siedzi na miękkim fotelu, a uczniowie na drewnianych krzesłach? My nie dostrzegamy bardzo wielu rzeczy. Traktujemy je jako standard. A one naruszają godność uczniów i pokazują tę nierówność. Pokazują to, że nauczyciele wykorzystują swoją przewagę nad uczniami. Nie mowiąc już o gratulowaniu przed całą szkołą osobie, która miała średnią 6,0, stawianie jej za wzór czy wręczanie świadectw w zależności od wysokości średniej. 

Polska szkoła nie szczędzi uczniom stresu. Pan wierzy, że cały ten system ocen ma jakiś sens? Nie lepiej, gdyby brano pod uwagę indywidualny postęp ucznia?

Jest takie prawo w psychologii, które mówi, że wysoki poziom stresu jest demotywujący. Gdyby jedynki motywowały do nauki, mielibyśmy samych dobrych uczniów. Tymczasem problem polega na tym, że wiele uczennic i uczniów dalej nie umie tego, czego wymaga nauczyciel. Dużo bardziej motywuje praca na zasobach, potencjale, o którym pani wspomniała. Ale, jak już rozmawiamy o ocenach, to o jeszcze jednym chciałbym wspomnieć. Nie jest tak, że wszystkie przedmioty są dla wszystkich najważniejsze na świecie i ja zniechęcam osoby, które chcą zostać astronomami, fizykami, chemikami do nauki wiedzy o społeczeństwie. Wie Pani ile ocen, zgodnie z prawem, musi wystawić nauczyciel w ciągu roku w Polsce?

Nie wiem. 

Jedną rocznie. Nauczyciele nie muszą stawiać w Polsce stopni, jeśli wykreślą to rozwiązanie ze statutów. W mojej szkole nie ma stopni cząstkowych wyrażonych cyfrą. Są oceny opisowe, a za sprawdziany są wyniki w procentach. Stawiamy tylko ocenę śródroczną i roczną. To jest publiczna ogólnodostępna szkoła na łódzkich Bałutach. To wynik decyzji nauczycielek i nauczycieli. 

Mówi Pan, że nauczyciel nie może oczekiwać od ucznia, by uważał jego przedmiot za najważniejszy. A czego może oczekiwać? Minimalnego zaangażowania?

Myślę, że wielu moich uczniów budzi się rano z trudnością otwarcia drugiego oka i wstanie z łóżka, ubranie się i wyjście z domu jest już ich największym osiągnięciem. Nie wiem, czy ja mam prawo oczekiwać od nich czegoś więcej. Oczywiście, jeżeli możesz, jeżeli chcesz się angażować, jeśli masz tyle siły i energii, to jest to mile widziane. Ale chciałbym dostrzec też i dowartościować tych, dla których samo przyjście do szkoły jest już szczytem aktywności i nie chcę od nich wymagać więcej. To wszystko zależy też od priorytetów życiowych. Jeżeli priorytetem życiowym ucznia jest to, aby jego rodzice przestali pić, żeby jego rodzice się nie awanturowali, że chciałby dostać od kogoś zrozumienie i wokół tego kręci się jego życie, to ja nie będę go zmuszał do tego, żeby angażował się w naszą dyskusję. Rozumiem to, że nie ma do tego głowy.

Patrzy Pan z taką wyrozumiałością na nastolatków. Zaskakuje to tym bardziej, że w społeczeństwie panuje określony stereotyp nastolatka.  Mówi się, że nastolatek to takie duże, zbuntowane, dziecko, mające swój świat, które w dodatku nie chce z nikim rozmawiać, które ma problem generalnie z tym, że jest i że są wśród niego ludzie. I wydaje mi się, że ten stereotyp jest bardzo krzywdzący, bo mówi on "nastolatek jest zły", "nastolatki są głupie". W Polsce dorośli nierzadko zwracają się wręcz z taką niechęcią do młodych ludzi, "a to gówniarz", "a to gówniara". 

Absolutnie tak jest. W ogóle to, co my myślimy o nastolatkach, to jak ich postrzegamy jest w moim przekonaniu zupełnie błędne. Być może tak mówią dorośli, którzy sami są jakoś skrzywdzeni albo są z jakichś powodów tak zamknięci na to, żeby poznać młodych ludzi, że nie są w stanie poznać prawdy. A prawda jest zupełnie inna. Młodzi ludzie są dzisiaj otwarci na to, żeby pokazać to, czym żyją, co przeżywają, co ich interesuje. Jestem wdzięczny moim uczennicom i uczniom, moim pacjentom i pacjentkom za to, że pokazują mi swój świat. 

Co trzeba zrobić, żeby go otworzyć? Robi to Pan na co dzień i kiedy oglądam Pana nagrania czy zdjęcia z warsztatów z młodzieżą, to z podziwem stwierdzam, że Panu się to udaje.

Wystarczy się im przyjrzeć, wystarczy zapytać, wystarczy zagrać ze swoim nastolatkiem w League of Legends, ze swoją nastolatką w Minecrafta, wystarczy pójść na koncert Maty, wystarczy zapytać, co to znaczy "triggerować" kogoś i oni to wszystko nam opowiedzą.

I to otwiera relację między dorosłym i nastolatkiem? To nie brzmi wcale tak trudno!

Czuję, że to jest niezbędne do tego, żeby się na siebie otworzyć. Że ten styl narzekania, krytyki, to nasze wyobrażenie, że my wchodzimy do domu, a w fotelu siedzi nastolatka i czyta "Nad Niemnem" i nie ma w ręku telefonu to są jakieś totalne fantazje wynikające z lęku, braku zaufania, wynikające z przekonania dorosłego o swojej wyższości. Klucz do jakiegoś porozumienia wcale nie leży tylko w rozmawianiu o problemach, a także prawdziwym zainteresowaniu tym, dlaczego mój syn słucha muzyki Rusina, dlaczego utwór "Jakoś jestem" jest jego ulubionym. Może właśnie dlatego, że jakoś jestem, bo zostałem wysłuchany. 

Ale jest takie przeświadczenie, że to normalne, że nastolatek jest trochę smutny i wycofany albo czasami odwrotnie, bo tak też bywa, i lekceważy się przez to problemy nastolatków. Twierdzi się, a przejdzie mu, to trudny wiek, on teraz to ma ze wszystkim problem. Nie jest tak, że taka postawa dorosłych wzmacnia jeszcze to poczucie niezrozumienia i osamotnienia nastolatka? Czego nie powinniśmy im mówić?

Tak, oni nie chcą słyszeć: jesteś mięczak, co ty możesz mieć za problemy, jak masz trzynaście czy szesnaście lat, my to mamy prawdziwe problemy, inni mają gorzej, Bóg tak chciał, tak jest w tym wieku, jak będziesz w moim wieku to zrozumiesz, kiedyś ci się przypomni o moich słowach. Oni nie chcą tego słyszeć, to ich zamyka na relację. W ogóle chyba zaryzykuje stwierdzenie, że 100 proc. zamkniętych nastolatek i nastolatków, których poznałem, zostało zamkniętych przez rodziców. Nie był to wybór młodych ludzi. Był to wynik braku przytulenia i zrozumienia.

Czy istnieje więc złota recepta, by dostać się do świata nastolatka, a jednocześnie nie zamknąć go na zawsze?

Ja nie wiem, czy to jest złota recepta. Mogę tylko powiedzieć, co ja próbuję robić. Próbuję interesować się zainteresowaniami moich uczniów i uczennic, ale pozostać przy tym autentyczny. Myślę, że to jest kwestia takiej otwartości z brakiem moralizowania, z niezasypywaniem gradem dobrych rad ani pytań i z pamiętaniem o tym, że człowiek ma dwoje uszu, a tylko jedne usta i że lepiej jest dwa razy więcej słuchać niż mówić. Myślę, że okazywanie szacunku i dawanie zaufania. Kolejnych szans. Ważna jest separacja zachowania człowieka od samego człowieka. Jak pytam nastolatków, co my dorośli powinniśmy zmienić, żeby im było lepiej, to mówią właśnie o tych rzeczach i dodają jeszcze dwie – żebyśmy rozumieli, że nie da się zapauzować gry online i druga rzecz, bardzo ciekawa, żebyśmy my dorośli wreszcie odłożyli telefony i zwrócili uwagę na nich.

Artykuł pochodzi z portalu tulodz.pl. Kliknij tutaj, aby tam przejść.
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy