„To ich praca, dostają co miesiąc wypłatę!”
Dyskusje na temat składek na pożegnalne bony podarunkowe, drogie kosze prezentowe czy luksusowe bukiety kwiatów potrafią poróżnić nawet najbardziej zgraną klasę. Wielu rodziców uważa, że robienie zrzutek na prezenty dla nauczycieli to absurd, który dawno wymknął się spod kontroli.
- Dlaczego mielibyśmy cokolwiek kupować na koniec roku? Przecież uczenie naszych dzieci to ich codzienna praca, za którą co miesiąc otrzymują regularne wypłaty z budżetu państwa. Czy ktoś kupuje drogie prezenty kasjerce w markecie albo urzędnikowi za to, że dobrze wykonali swoje obowiązki? No nie - denerwuje się jedna z mieszkanek Kutna, mama trzecioklasisty.
W podobnym tonie wypowiada się kolejny mieszkaniec, ojciec dwójki dzieci:
- Bony do SPA, markowa biżuteria, drogie pióra. To patologia. Nauczyciel ma płacone za realizację programu, a robienie z tego festiwalu kosztownych podziękowań stawia w bardzo niezręcznej sytuacji uboższe rodziny, których na to nie stać.
„To dowód wdzięczności, a nie łapówka”
Są też rodzice, którzy uważają, że drobny upominek to absolutne minimum, na jakie zasługuje pedagog po wielomiesięcznej, ciężkiej pracy z uczniami. Podkreślają, że rola wychowawcy często wykracza daleko poza ramy zwykłego etatu.
Są zdania, że zaangażowanie w rozwiązywanie problemów rówieśniczych, wsparcie emocjonalne dzieci oraz poświęcanie prywatnego czasu na wycieczki czy akademie zasługuje na symboliczny, materialny gest.
- To nie opłata za pracę, ale elementarna kultura i tradycja, którą warto pielęgnować, by uczyć dzieci szacunku do drugiego człowieka - argumentują obrońcy upominków.
Kutnowska polonistka przerywa milczenie: „Czuję się speszona”
O to, jak ta coroczna, czerwcowa burza wygląda z perspektywy samego pokoju nauczycielskiego, zapytaliśmy panią Anię, polonistkę uczącą w jednej z kutnowskich szkół. Jej słowa pokazują, że medialna i internetowa dyskusja uderza rykoszetem w samych pedagogów, odbierając im całą radość z zakończenia roku.
- Symboliczne podziękowanie na zakończenie roku uważałam za miły wyraz sympatii i pozytywnych relacji między mną a uczniami. Przez lata dostawałam małe bukiety i czekoladki, czasami kartki i osobiste listy - wspomina pani Ania.
Niestety, w ostatnich latach atmosfera wokół tego święta drastycznie się zmieniła, a szkolna tradycja zaczęła budzić potężny niesmak.
- Od kilku lat czuję się speszona. Powód? Nagonka medialna. A przecież grzeczność nie wymaga wielkich nakładów pieniężnych - podsumowuje kutnowska polonistka.
Komentarze (0)